Uderzająca we właściwe emocjonalne struny, nie szukająca taniego poklasku, a przede wszystkim świetnie zagrania i zrealizowana historia miłosna z muzyką w tle.

Wytrawni kinomani mogą załamywać ręce nad kondycją współczesnego kina, gdy ekrany atakują kolejne kontynuacje, przeróbki i wariacje kasowych tudzież kultowych filmów. Faktycznie, brak oryginalności X muzy w ostatnich latach uwiera bardzo mocno; szczęśliwie czasem się okazuje, iż znaną historię można opowiedzieć świeżo i z inwencją. Do tego potrzebny jest jednak reżyser wrażliwy, chętny nadać schematom artystycznej głębi i wydobyć z nich emocje, po które nie sięgnął żaden z poprzedników.
Dobrze, iż w biznesie nastawionym na szybki oraz łatwy zarobek wciąż tacy istnieją.
Po opowieść o młodej, utalentowanej piosenkarce, która może prawdziwie rozbłysnąć dzięki przebrzmiałej gwieździe estrady, kino sięgało już trzykrotnie. Ponad czterdzieści lat od ostatniej inkarnacji, Bradley Cooper do spółki z uznanym scenarzystą Ericem Rothem i specjalistą od melodramatów Willem Fettersem, po raz czwarty odkurzają manuskrypt spisany jeszcze w 1937 roku. Bynajmniej nie po to, aby łatwo zarobić na recyklingu uniwersalnej opowieści miłośnej z muzyką w tle, o którym wszyscy zapomną miesiąc po premierze. Obu panom wyraźnie nie starcza przypudrowanie nosa starej bajce, dlatego odziewają ją w nowe, wytworne szaty i każą brylować w zupełnie innym świetle.
To głównie zasługa nadania fabule większej intymności. Narracja skupia się na relacji głównych bohaterów: budowania związku od pierwszego spotkania, w którym aż iskrzy od chemii, przez pryzmat wzajemnej pasji do muzyki i chęci zaprezentowania światu własnej wizji, podszytej prawdziwym talentem. Kamera cały czas pozostaje blisko nich, ale i też pozwala odetchnąć, prezentując nie mniej przekonujące relacje z ludźmi wokół, jak na przykład z bratem bohatera (rewelacyjny Sam Elliot). Może w tym wszystkim brakuje zgłębienia niektórych wątków, a także uwierają pewne uproszczenia i fabularne skróty, jak również zbytnia ckliwość finału. Tu jednak potrzebne były kompromisy, aby nie utracić płynności narracji, więc można to wybaczyć.
Intymne podejście wymagało nie tylko subtelności scenariusza czy reżyserskiego wyczucia, lecz przede wszystkim najwyższego aktorskiego kunsztu. Obaw nie było w przypadku Bradley’a Coopera, który udowodnił swoją wartość w rolach dramatycznych i w dodatku postanowił osobiście wykonać wszystkie partie wokalne, odkrywając w sobie kolejny talent. Z kolei Lady Gaga mogła nie poradzić sobie z wyznaniem i choć to piosenkarka charyzmatyczna oraz dysponująca potężnym głosem, to dotychczas balansowała na granicy ekstrawagancji oraz kiczu, częstokroć żerując na najniższych instynktach publiczności, karmiącej się skandalem i efekciarstwem.
Ally to rola jakby specjalnie dla niej – Gaga gra tu praktycznie samą siebie, jednak z zaangażowaniem i wytrawnością niejednej doświadczonej aktorki. Od skromnej, ale nieprzeciętnie utalentowanej i silnej osobowościowo dziewczyny, poprzez kwitnącą na scenie piosenkarkę i jej kolizję z branżą muzyczną, która w zamian za blichtr i pieniądze odbiera indywidualność. W jej kreacji nie ma zakłamania czy fałszu i z pewnością zawiera sporo osobistych doświadczeń, zebranych podczas brylowania na estradzie. Tak jak w przypadku Coopera, który borykał się z uzależnieniem alkoholowym oraz narkotykowym i uczynił zeń atut swojej kreacji, tak samo Gaga wie ku jakim emocjom sięgnąć, aby odgrywaną postać uwiarygodnić.
Oprócz ludzi gwiazdą filmu jest również muzyka – obraz oferuje jeden z najlepszych zestawów piosenek dlań napisanych oraz znakomicie zrealizowane sekwencje koncertowe. Muzyka jest częścią historii równie ważną, jak miłość bohaterów, stanowi bowiem ich pasję i motor do działania. Cooper nie ogranicza jednak jej roli wyłącznie do upiększania – ostrzega również przed skutkami, gdzie w pogoni za popularnością łatwo utracić oryginalność i zapomnieć o tym, co chciało się początkowo powiedzieć. Branża muzyki popularnej to drapieżnik, który atakuje młodych artystów i czyni z nich produkt w jednolitym, przestylizowanym opakowaniu, gotowy do bezmyślnej konsumpcji. Zresztą to problem, który dotka również branżę filmową.
Szczęśliwie Bradley Cooper w swoim debiucie reżyserskim nie poddaje się trendom. Nie odcina kuponów od tego, co znane i lubiane, tylko idzie o krok dalej, właśnie dzięki artystycznej wrażliwości i chęci przedstawienia starej historii w zupełnie nowym świetle. Stąd „Narodziny gwiazdy” to kino trafiające we właściwe emocjonalne struny i nie szukające taniego poklasku. Może tu i tam przyspieszone, gdzie nie gdzie uproszczone, ale ostatecznie pozostawiające po sobie elektryzujące wrażenie i sporo materiału do refleksji. Bez wątpienia status dzieła kultowego ma już zapewniony, a kto wie, może za jakiś czas zostanie okrzyknięte klasykiem melodramatu.
NARODZINY GWIAZDY (A STAR IS BORN)
Reżyseria: Bradley Cooper
Scenariusz: Eric Roth, Bradley Cooper, Will Fetters
Obsada: Lady Gaga, Bradley Cooper, Sam Elliot, Andrew Dice Clay, Rafi Gavron, Anthony Ramos, Dave Chappelle, Ron Rifkin, Greg Grunberg i in.
Zdjęcia: Matthew Libatique
Montaż: Jay Cassidy
Muzyka: Lady Gaga, Bradley Cooper
Rok produkcji: 2018
Czas trwania: 136 minut
Autor: Tomek Kaczmarek
www.recenzyjkifilmowe.blogspot.com
2025-03-21 10:35:16
Rosyjska agresja ma ogromny i destrukcyjny wpływ na ukraiński sektor kultury. Zniszczeniu uległo wiele obiektów kultury, wstrzymano działalność wielu instytucji kultury, a możliwości finansowania kultury drastycznie ograniczone. Ukraiński sektor kultury potrzebuje więc wsparcia ze strony Europy, zwłaszcza w kontekście wstrzymania pomocy ze strony USA. Programy takie jak Kreatywna Europa, Erasmus+ czy inicjatywy na rzecz zachowania dziedzictwa kulturowego zapewniają kluczowe wsparcie różnym sektorom kulturalnym.