[VIDEO] Rumuńską policję okłamała, walcząca polskim dzieckiem, rumuńska matka Kinga Kovacs. W ten sposób chciała uprawomocnić kłamstwa i przestępstwa dokonane na terenie Kanady i Rumunii
Kinga Kovacs, która uprowadziła polskie dziecko z Kanady, okłamała rumuńskich policjantów, że nie ma pojęcia, kto jest ojcem jej dziecka. Funkcjonariusze dowiedziawszy się od Patriot24.net, że są oszukiwani, odmówili dalszego wspierania zakłamanej matki.
O sprawie piszemy od kilku dni, a wszystkie teksty można odnaleźć pod linkiem:
Poszukujący swojego polskiego dziecka, uprowadzonego z Kanady, Ksawery van Olszewski, dotarł razem z ekipą Patriot24.net na komisariat policji w mieście Aghiresu. Prosił funkcjonariuszy o pomoc w odnalezieniu dziecka, okazując prawomocne orzeczenie kanadyjskie i pierwsze korzystne dla niego orzeczenie rumuńskie, przyznające mu główne prawo do opieki nad 1,5 rocznym synem Robertem.
- Ale przecież ojciec jest nieznany - wzruszał ramionami zdumiony rumuński policjant.
- Ja jestem ojcem i mam na to dowód w postaci badania genetycznego. Kinga Kovacs uciekła z Kanady, kiedy kanadyjski sąd uznał ten fakt za prawdę i schowała się w Rumunii - tłumaczył Ksawery van Olszewski.
- Ja pierwsze słyszę. Powiadomię o tym moich szefów - mówił zaskoczony policjant z komisariatu w Aghiresu.
Widać było, że jest niemile zaskoczony, że mieszkanka tego malutkiego miasta, jakim jest Aghiresu, od wielu miesięcy okłamuje tamtejszą policję.
Po tej rozmowie pojechaliśmy z Ksawerym van Olszewskim do mieszkania, gdzie z pewnością ukrywała się Kinga Kovacs. To mieszkanie na parterze bloku, gdzie mieszkają jej rodzice.
Ksawery zapukał do drzwi i wtedy otworzyła je matka Kingi. To było ich pierwsze w życiu spotkanie. Ksawery zapewnił, że nie ma złych intencji i chce porozumienia, dla dobra dziecka.
Rozmowa toczyła się częściowo na klatce schodowe, a następnie wszyscy przeszli przed drzwi na zewnątrz budynku. Do tej rozmowy dołączył też ojciec Kingi Kovacs, który cieszył się z pokojowego i spokojnego spotkania z Polakiem.
Jednak to wyjście przed blok, zainicjowane przez Ileanę Kovacs nie było przypadkowe. Postanowiła ona wezwać policję by usunęli i Ksawerego van Olszewskiego i nas, jako dziennikarzy nie tylko sprzed bloku, ale przede wszystkim z dala od problemu uprowadzonego i przetrzymywanego nielegalnie przez Kingę Kovacs, ich córkę, dziecka w Rumunii.
Ileana Kovacs kilkakrotnie dzwoniła na policję. W końcu funkcjonariusz oddzwonił do niej i poinformował, że policja nie będzie interweniowała w tej sprawie.
- Stało się jasne, że rodzina Kovacs oszukuje rumuńską policję. Informacje uzyskana od Ksawerego van Olszewskiego i od dziennikarzy Patriot24.net funkcjonariusz policji Aghiresu, przekazał swoim zwierzchnikom. A ci zanotowali ją w policyjnych systemach, z informacją, że rodzina Kovacs okłamała policję i tworzy fikcyjną mistyfikację, używając do tego 1,5 rocznego dziecka - przekazuje Robert Rewiński, Redaktor Naczelny Patriot24.net.
- To kolejne przestępstwo, które popełniła Kinga Kovacs na szkodę interesu publicznego Rumunii, w celu dalszego wyłudzania pieniędzy od kanadyjskiego systemu socjalnego, które liczone są w tysiącach dolarów kanadyjskich miesięcznie - przekazuje Robert Rewiński.
To oznacza, że policja rumuńska może być obecnie bardziej zainteresowana ściganiem kłamstw rodziny Kovacs niż udzielaniem jej pomocy. Bo Ileana Kovacs dzwoniąc na policję, podczas naszej wspólnej rozmowy, najprawdopodobniej okłamała po raz kolejny policjantów rumuńskich, że jej rodzina jest zagrożona, choć była to nieprawda, bo spotkanie było bardzo spokojne, grzeczne, a wręcz w miłej atmosferze.
Nasza redakcja uzyskała dziś informację, która może być przełomowa dla tej skandalicznej, międzynarodowej afery z udziałem polskiego dziecka.
Konflikt to zjawisko naturalne — pojawia się wszędzie tam, gdzie ścierają się interesy, emocje i różne interpretacje rzeczywistości. Jednak są sytuacje, w których przestaje być tylko sporem, a zaczyna oddziaływać na znacznie szersze otoczenie.
Sprawa Kamili oraz jej czteroletniej córki staje się kolejnym przykładem sytuacji, w której pojawia się pytanie o rzeczywistą skuteczność systemu ochrony dzieci w Europie.
Sprawa Kamili oraz jej czteroletniej córki staje się kolejnym przykładem sytuacji, w której pojawia się pytanie o rzeczywistą skuteczność systemu ochrony dzieci w Europie.
Kolejna próba wykonania postanowienia sądu dotyczącego wydania dziecka zakończyła się niepowodzeniem. Do zdarzenia doszło w Radomiu, gdzie pod nadzorem kuratorów podejmowano czynności związane z realizacją orzeczenia wydanego przez Sąd Rejonowy w Żyrardowie. Na miejscu obecni byli również funkcjonariusze policji. Mimo zaangażowania służb i formalnej podstawy prawnej wynikającej z decyzji sądu, czynność nie doprowadziła do wykonania orzeczenia.
Przez wiele miesięcy Biuro Rutkowski, Telewizja Patriot24.net i NaszaWielkopolska.pl śledziły dramatyczną walkę pani Adrianny o odzyskanie córki uprowadzonej przez ojca wbrew sądowym nakazom. W tym czasie dziadkowie dziewczynki podejmowali różne formy protestu – pikiety pod sądem, apele pod Sejmem i kilkukrotne głodówki dziadka, który, choć czasem je przerywał, nigdy nie tracił nadziei na powrót wnuczki do matki. Jednym z najbardziej bolesnych momentów były urodziny, które dziewczynka mogła spędzić z mamą jedynie przez ekran telefonu.
Przez wiele miesięcy Biuro Rutkowski, Telewizja Patriot24.net i NaszaWielkopolska.pl śledziły dramatyczną walkę pani Adrianny o odzyskanie córki uprowadzonej przez ojca wbrew sądowym nakazom. W tym czasie dziadkowie dziewczynki podejmowali różne formy protestu – pikiety pod sądem, apele pod Sejmem i kilkukrotne głodówki dziadka, który, choć czasem je przerywał, nigdy nie tracił nadziei na powrót wnuczki do matki. Jednym z najbardziej bolesnych momentów były urodziny, które dziewczynka mogła spędzić z mamą jedynie przez ekran telefonu.
Przez wiele miesięcy Biuro Rutkowski, Telewizja Patriot24.net i NaszaWielkopolska.pl śledziły dramatyczną walkę pani Adrianny o odzyskanie córki uprowadzonej przez ojca wbrew sądowym nakazom. W tym czasie dziadkowie dziewczynki podejmowali różne formy protestu – pikiety pod sądem, apele pod Sejmem i kilkukrotne głodówki dziadka, który, choć czasem je przerywał, nigdy nie tracił nadziei na powrót wnuczki do matki. Jednym z najbardziej bolesnych momentów były urodziny, które dziewczynka mogła spędzić z mamą jedynie przez ekran telefonu.
Czy w Polsce można zostać poważnie rannym podczas policyjnej interwencji za brak świateł i pasów? Tak twierdzi Pan Marcin , który po próbie zatrzymania przez policjantów z Łęcznej trafił do szpitala z wieloodłamowym złamaniem nogi. Mężczyzna był trzeźwy, co potwierdza wynik badania alkomatem. Twierdzi, że został pobity już po zatrzymaniu, a świadkiem całej sytuacji był jego syn. Sprawa została zgłoszona do Biura Spraw Wewnętrznych Policji w Lublinie. Dokumentacja lekarska nie pozostawia wątpliwości – urazy są poważne.
Czy w Polsce można zostać poważnie rannym podczas policyjnej interwencji za brak świateł i pasów? Tak twierdzi Pan Marcin , który po próbie zatrzymania przez policjantów z Łęcznej trafił do szpitala z wieloodłamowym złamaniem nogi. Mężczyzna był trzeźwy, co potwierdza wynik badania alkomatem. Twierdzi, że został pobity już po zatrzymaniu, a świadkiem całej sytuacji był jego syn. Sprawa została zgłoszona do Biura Spraw Wewnętrznych Policji w Lublinie. Dokumentacja lekarska nie pozostawia wątpliwości – urazy są poważne.
Czy w Polsce można zostać poważnie rannym podczas policyjnej interwencji za brak świateł i pasów? Tak twierdzi Pan Marcin , który po próbie zatrzymania przez policjantów z Łęcznej trafił do szpitala z wieloodłamowym złamaniem nogi. Mężczyzna był trzeźwy, co potwierdza wynik badania alkomatem. Twierdzi, że został pobity już po zatrzymaniu, a świadkiem całej sytuacji był jego syn. Sprawa została zgłoszona do Biura Spraw Wewnętrznych Policji w Lublinie. Dokumentacja lekarska nie pozostawia wątpliwości – urazy są poważne.