[VIDEO]: Nie wierzę w rzetelną sekcję zwłok Magdaleny Żuk we Wrocławiu, Krakowie ani nigdzie w Polsce. Nawet po ekshumacji mojego 19-letniego syna, zabitego paralizatorami, kręcą i mataczą! - alarmuje matka Agnieszka Leszczyńska
Prezentujemy konferencję prasową matki zabitego 19-letniego Mateusza Leszczyńskiego z Trzebnicy. - Zabiło go 4 sprawców paralizatorami przyłożonymi do głowy. Tymczasem, po szczegółowej sekcji zwłok we Wrocławskiej Akademii Medycznej, lekarze napisali, że podziobał go ptak! Po marcowej ekshumacji krakowska Katedra Medycyny Sądowej podważyła ustalenia z Wrocławia. Ale użycia paralizatorów boi się potwierdzić! Dlaczego? - dopytuje się matka.
Prezentujemy pełny zapis ubiegłorocznej konferencji prasowej gdzie agent Rutkowskiego upublicznia powiększony zapis z monitoringu dyskoteki "Riviera" w Prusicach w nocy z 25 na 26 grudnia 2014 roku.
Widać na nim jak 19-letni Mateusz Leszczyński wychodzi na pole razem z dwoma lub trzema osobami. Tu następuje atak przy użyciu emitującego silne błyski urządzenia. Pisaliśmy o tym w artykule:
Ludzie Rutkowskiego ustalili, że doszło do użycia co najmniej dwóch paralizatorów przytkniętych do głowy Mateusza. Na filmie widać jak doprowadzony jest on do kolejnych dwóch osób, które stoją przy samochodzie. Tu następuje kolejny atak, a profil oprawcy fachowcy Krzysztofa Rutkowskiego wydobyli niemal z fotograficzną precyzją.
Mateusz został odnaleziony na tym właśnie polu, tyle że kilometr dalej w bruździe ornej ziemi. Oględziny policji trwały zaledwie około pół godziny, bo natychmiast przekazali rodzinie, że "nie było osób trzecich".
- Mój syn jest 4 ofiarą śmiertelną, która wyszła z tej dyskoteki w Prusicach i odnalezioną martwą w okolicy. Tamte 3 zgony natychmiast umorzył prokurator Piotr Jaworski z Trzebnicy (dziś Wrocław-Krzyki), ponieważ uznał że nie było osób trzecich. A ja cały czas walczę o prawdę! - tłumaczy Agnieszka Leszczyńska, matka Mateusza.
Wywiady z rodzicami pozostałych zmarłych osób prezentujemy tutaj:
Ponieważ matka Mateusza nagłośniła poszukiwania swojego syna, angażując Krzysztofa Rutkowskiego i jego ekipę, Prokurator Rejonowy w Trzebnicy Leszek Wojtyła zarządził przeprowadzenie tzw. poszerzonej sekcji zwłok we Wrocławskiej Akademii Medycznej.
Lekarze, kierownik zakładu Medycyny Sądowej (nie podał ani swojego imienia ani nazwiska) oraz adiunkt dr Łukasz Szleszkowski, po kilkugodzinnej sekcji uznali, że bezpośrednią przyczyną jego śmierci było gwałtowne uduszenie. Sposobu uduszenia nie ustalili. Ale zasugerowali..., że mógł on sam położyć się na swojej ręce, zakryć sobie nos i usta w pozycji w jakiej został znaleziony na polu. I że sam się udusił, bo w jego krwi odnaleziono alkohol, amfetaminę oraz dopalacz.
- Mój syn też został nafaszerowany narkotykami podobnie jak Magdalena Żuk. I też wyprowadzony i też zabity. Ale Wrocławska Akademia Medyczna zrobiła wszystko by nie ujawnić prawdziwej przyczyny jego śmierci czyli przytknięcia paralizatorów do głowy co spowodowało skurcz i uduszenie - przekazuje Agnieszka Leszczyńska.
Analizę właśnie pod katem użycia paralizatorów przeprowadzili eksperci Krzysztofa Rutkowskiego. Pełną analizę w tym zakresie wraz ze zdjęciami opublikowaliśmy na naszym portalu i można znaleźć je pod linkiem:
Po tej ekspertyzie Rutkowskiego w dolnośląskiej policji i prokuraturze powstał problem. Prokurator Leszek Wojtyła wysłał ekspertyzę Rutkowskiego do Akademii Medycznej by się do tego odnieśli.
- Ale oni zaczęli brnąć w kłamstwo. Zamiast przyznać się, że nie dostrzegli celowo lub nieumyślnie wypalonych śladów paralizatorów na głowie mojego syna zaczęli pisać, że "ptaki go podziobały" - denerwuje się Agnieszka Leszczyńska.
Prokurator Leszek Wojtyła widząc niekompetencję Wrocławskiej Akademii Medycznej zdecydował się na przesłanie akt do krakowskiego Instytut Ekspertyz Sądowych im. Prof. dra Jana Sehna. A stąd calość przekazana do Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Jagiellońskiego,
Matka, pozyskawszy prywatnie do współpracy ekspertów w dziedzinie medycyny pośmiertnej, przesłała do Krakowa kilkanaście szczegółowych pytań dyskredytujących tezy postawione przez Akademię Medyczną we Wrocławiu.
- Błagałam by dokonali ekshumacji mojego syna i jeszcze raz zbadali jego głowę. Prokurator Leszek Wojtyła zgodził się i pod koniec marca 2017 roku, przy ogromnym bólu całej naszej rodziny, o 4 rano wydobyto z grobu trumnę z moim synem i przewieziono do krakowskiego laboratorium - przekazuje Agnieszka Leszczyńska.
Po dwóch godzinach badań w Krakowie i wykonaniu m.in. tomografii komputerowej ciało zostało ponownie włożone od trumny i przewiezione doTrzebnicy. Tu, po południu, odbył się ponowny pogrzeb Mateusza wśród łez i rozpaczy jego matki. Zdjęcia dołączamy do niniejszego tekstu za zgodą rodziny.
Z opinii medycznej przesłanej z Krakowa, które dotarło 4 maja 2017 roku, do Prokuratury Rejonowej w Trzebnicy wynika, że Akademia Medyczna we Wrocławiu napisała nieprawdę. Zdaniem krakowskich specjalistów nie
jest możliwe by Mateusz sam się położył na swojej ręce, zakrył sobie usta i nos i się udusił.
Natomiast w sposób bardzo zagadkowy krakowscy medycy odnieśli się do sprawy paralizatorów. Opisując wypalone ślady na skórze głowy Mateusza, w sposób kategoryczny, Kierownik Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Jagiellońskiego, biegły lekarz Dr hab med. Tomasz Konopka napisał, że "na ma cech znamienia prądowego".
- Uważam, że sumienie tego krakowskiego lekarza Tomasza Konopki sprawiło, że popełnił błąd literowy przy tak kategorycznej nieprawdzie, pod którą musiał się podpisać - mówi Agnieszka Leszczyńska.
- Ci lekarze boją się zdyskredytować całkowicie z punktu widzenia kryminalnego swoich kolegów po fachu z Akademii Medycznej we Wrocławiu. Bo wiedzą, że tamci polecieliby "hurtem" ze swoich stanowisk - tłumaczy Agnieszka Leszczyńska.
- Ten jedyny błąd literowy w całym dokumencie to mnie jako matki dowód, że zadrżała mu ręka. Bo z jakiegoś powodu musiał wykluczyć te cholerne paralizatory. Pytanie kogo się bał? - pyta Agnieszka Leszczyńska, która od niemal 2,5 roku codzinnie przeżywa dramat nad grobem swojego syna
Konkluzją obu dokumentów zarówno wrocławskiego jak i krakowskiego jest to, że nie ma dowodów na udział w śmierci Mateusza Leszczyńskiego "osób trzecich". Mimo, że film z monitoringu dyskoteki dołączony do akt prokuratorskich, był dostępny zarówno wrocławskim jak i krakowskim lekarzom. A na "stop-klatkach" wyraźnie widać 4 osoby otaczające Mateusza Leszczyńskiego w ostatnich chwilach jego życia, na sekundy przed atakiem tzw. "Białej Postaci"
- Nie wierzę żadnym polskim instytucjom przeprowadzającym sekcje zwłok.Takie same machloje mogą być dokonane w przypadku Magdaleny Żuk jeśli jej ciało będzie poddawane sekcji zwłok we Wrocławiu lub w Krakowie - mówi Agnieszka Leszczyńska.
- Niebezpieczne jest to, że ta krakowska instytucja jest najważniejsza w Polsce. I na podstawie jej opinii wydaje się w naszym kraju wyroki sądowe albo umorzenia - dodaje.
Jak się dziś okazuje, prokurator Leszek Wojtyła też nie wierzy w to, co napisali zarówno wrocławscy jak i krakowscy lekarze. Wysłał filmy z monitoringu do analiz kryminalistycznych w Szczecinie by biegli eksperci potwierdzili, że obrazy uzyskane przez zespół Rutkowskiego są wiarygodne.
By potwierdzić zarówno obecność 4 osób, jak i wydobyć profil zabójcy taki, jaki uzyskał rok temu Krzysztof Rutkowski.
- W Polsce nie udziela się żadnej pomocy matkom zabitych dzieci. Nie ma uszanowania dla ich bólu, cierpienia i wsparcia. A zamiast tego funduje się im koszmar ekshumacji zwłok, umorzeń oraz ukrywania bandytów. Mówię to w imieniu swoim ale też tych trzech pozostałych matek, których dzieci nie wróciły z dyskoteki Riviera w Prusicach - tłumaczy Agnieszka Leszczyńska.
- Jedynie Krzysztof Rutkowski jest z nami od chwili zniknięcia naszego syna. Cały czas do dzisiaj czyli blisko dwa i pół roku. Nie tylko przekazuje nam kolejne, bezkompromisowe dowody na zabójstwo mojego syna. Ale też przez ten cały czas jego ludzie wspierają nas psychicznie, bo bez tego trudno jest przeżyć każdy kolejny dzień - przekazuje matka.
Przez wiele miesięcy Biuro Rutkowski, Telewizja Patriot24.net i NaszaWielkopolska.pl śledziły dramatyczną walkę pani Adrianny o odzyskanie córki uprowadzonej przez ojca wbrew sądowym nakazom. W tym czasie dziadkowie dziewczynki podejmowali różne formy protestu – pikiety pod sądem, apele pod Sejmem i kilkukrotne głodówki dziadka, który, choć czasem je przerywał, nigdy nie tracił nadziei na powrót wnuczki do matki. Jednym z najbardziej bolesnych momentów były urodziny, które dziewczynka mogła spędzić z mamą jedynie przez ekran telefonu.
Przez wiele miesięcy Biuro Rutkowski, Telewizja Patriot24.net i NaszaWielkopolska.pl śledziły dramatyczną walkę pani Adrianny o odzyskanie córki uprowadzonej przez ojca wbrew sądowym nakazom. W tym czasie dziadkowie dziewczynki podejmowali różne formy protestu – pikiety pod sądem, apele pod Sejmem i kilkukrotne głodówki dziadka, który, choć czasem je przerywał, nigdy nie tracił nadziei na powrót wnuczki do matki. Jednym z najbardziej bolesnych momentów były urodziny, które dziewczynka mogła spędzić z mamą jedynie przez ekran telefonu.
Przez wiele miesięcy Biuro Rutkowski, Telewizja Patriot24.net i NaszaWielkopolska.pl śledziły dramatyczną walkę pani Adrianny o odzyskanie córki uprowadzonej przez ojca wbrew sądowym nakazom. W tym czasie dziadkowie dziewczynki podejmowali różne formy protestu – pikiety pod sądem, apele pod Sejmem i kilkukrotne głodówki dziadka, który, choć czasem je przerywał, nigdy nie tracił nadziei na powrót wnuczki do matki. Jednym z najbardziej bolesnych momentów były urodziny, które dziewczynka mogła spędzić z mamą jedynie przez ekran telefonu.
Czy w Polsce można zostać poważnie rannym podczas policyjnej interwencji za brak świateł i pasów? Tak twierdzi Pan Marcin , który po próbie zatrzymania przez policjantów z Łęcznej trafił do szpitala z wieloodłamowym złamaniem nogi. Mężczyzna był trzeźwy, co potwierdza wynik badania alkomatem. Twierdzi, że został pobity już po zatrzymaniu, a świadkiem całej sytuacji był jego syn. Sprawa została zgłoszona do Biura Spraw Wewnętrznych Policji w Lublinie. Dokumentacja lekarska nie pozostawia wątpliwości – urazy są poważne.
Czy w Polsce można zostać poważnie rannym podczas policyjnej interwencji za brak świateł i pasów? Tak twierdzi Pan Marcin , który po próbie zatrzymania przez policjantów z Łęcznej trafił do szpitala z wieloodłamowym złamaniem nogi. Mężczyzna był trzeźwy, co potwierdza wynik badania alkomatem. Twierdzi, że został pobity już po zatrzymaniu, a świadkiem całej sytuacji był jego syn. Sprawa została zgłoszona do Biura Spraw Wewnętrznych Policji w Lublinie. Dokumentacja lekarska nie pozostawia wątpliwości – urazy są poważne.
Czy w Polsce można zostać poważnie rannym podczas policyjnej interwencji za brak świateł i pasów? Tak twierdzi Pan Marcin , który po próbie zatrzymania przez policjantów z Łęcznej trafił do szpitala z wieloodłamowym złamaniem nogi. Mężczyzna był trzeźwy, co potwierdza wynik badania alkomatem. Twierdzi, że został pobity już po zatrzymaniu, a świadkiem całej sytuacji był jego syn. Sprawa została zgłoszona do Biura Spraw Wewnętrznych Policji w Lublinie. Dokumentacja lekarska nie pozostawia wątpliwości – urazy są poważne.
Prokuratura Rejonowa w Wysokiem Mazowieckiem prowadzi postępowanie w sprawie, w której konflikt między dwoma mężczyznami z sektora prac ziemnych przybrał zaskakujący obrót. Jeden z nich – legalnie działający przedsiębiorca, dysponujący kompletem dokumentacji, umów i potwierdzeń płatności – został objęty dochodzeniem, mimo iż druga strona nie przedstawiła żadnych formalnych dowodów, a jedynie relacje świadków ze swojego bliskiego otoczenia.
Sąd Rejonowy w Jaworznie odrzucił wniosek prokuratury o umorzenie sprawy z oskarżenia miejscowej policji ze względu na „chorobę psychiczną” oskarżonej. Czy policja przyzna się do fatalnie przeprowadzonej interwencji i możliwego mataczenia jednego z funkcjonariuszy? Czy prokuratura wycofała akt oskarżenia i zakończy tę sądową farsę?
Sąd Rejonowy w Jaworznie odrzucił wniosek prokuratury o umorzenie sprawy z oskarżenia miejscowej policji ze względu na „chorobę psychiczną” oskarżonej. Czy policja przyzna się do fatalnie przeprowadzonej interwencji i możliwego mataczenia jednego z funkcjonariuszy? Czy prokuratura wycofała akt oskarżenia i zakończy tę sądową farsę?
Sąd Rejonowy w Jaworznie odrzucił wniosek prokuratury o umorzenie sprawy z oskarżenia miejscowej policji ze względu na „chorobę psychiczną” oskarżonej. Czy policja przyzna się do fatalnie przeprowadzonej interwencji i możliwego mataczenia jednego z funkcjonariuszy? Czy prokuratura wycofała akt oskarżenia i zakończy tę sądową farsę?